-O rzesz kurwa jego pierdolona mać... Wycedził przez zęby.
Jego stężała od nienawiści twarz, skierowała sugestywnie oczy w kierunku ziemi.
Tam, niczym gryzący go w kostkę wąż wiła się brudna i mokra sznurówka.
- Ty debilu, tyle razy ci mówiłam żebyś zrobił porządek z tą zasraną sznurówką. Mam nadzieje że wybijesz sobie wszystkie zęby, albo złamiesz rękę, mam dosyć ciebie i tych twoich zachowań - pomyślała kobieta uśmiechnąwszy się ze zrozumieniem w kierunku mężczyzny.
Życie to nie je bajka, jak to się często mówi. Przeczytasz tutaj, o prawdziwym obliczu dzisiejszego świata, widziane Moimi oczyma .
piątek, 8 stycznia 2010
czwartek, 7 stycznia 2010
Miły wieczór
- Tato!! Mogę iść z Markiem na noc do Urzędu Miasta??
- A dlaczego do Urzędu Miasta?
- AA bo tata Marka tam nocuje.
- Tata Marka pracuje w UM??
- Nie, ale mają tam strajk okupacyjny. Wszyscy z mojej klasy tam są i tata Marka. Ale wiesz wszyscy to popierają.
- Tzn strajkują sami 16-to latkowie? A po co?
- A bo wiesz, chodzi o 500 milionów złotych, na jakiś ośrodek kultury czy coś..
- 500 mln złotych, może na Camerimage Łódź Center???
- OO tak, tak, właśnie to. I chodzi o to żeby oni dali te pieniądze i wtedy Łódź będzie już mega znanym miastem.
- A to dlaczego wy tam strajkujecie..?
- A bo Marek prosił, wiesz telewizja jest...
- NO dobra, ale tylko jedna noc..
- A dlaczego do Urzędu Miasta?
- AA bo tata Marka tam nocuje.
- Tata Marka pracuje w UM??
- Nie, ale mają tam strajk okupacyjny. Wszyscy z mojej klasy tam są i tata Marka. Ale wiesz wszyscy to popierają.
- Tzn strajkują sami 16-to latkowie? A po co?
- A bo wiesz, chodzi o 500 milionów złotych, na jakiś ośrodek kultury czy coś..
- 500 mln złotych, może na Camerimage Łódź Center???
- OO tak, tak, właśnie to. I chodzi o to żeby oni dali te pieniądze i wtedy Łódź będzie już mega znanym miastem.
- A to dlaczego wy tam strajkujecie..?
- A bo Marek prosił, wiesz telewizja jest...
- NO dobra, ale tylko jedna noc..
Morderczy instynkt
Dokumenty, kluczyki, wszystko mam. W drogę. Silnik pali na dotyk. Ahhh, jak ja uwielbiam ten dźwięk. Silnik pomrukuje delikatnie, jak duży kot, leżący na gorącym piecu. Lusterko, lewa wolna i gaz. Jeden, gaz, dwa, gaz...wszyscy zostają w tyle. Pocałujcie mnie popaprańcy.. Możecie mi naskoczyć. Co za stan, niech silnik się zagrzeje to wam dopiero pokaże. Nikt się kurwa nie wciśnie!! Uwielbiam patrzeć na wybałuszone gały, jak na ograniczeniu 50, lecę 120!! Nikt mnie nie może dojść, lecę po bandzie!!!
Niestety mam dwa foteliki dziecięce i Toyotę Yaris, ale już niedługo będę miał prawdziwego potwora....
Niestety mam dwa foteliki dziecięce i Toyotę Yaris, ale już niedługo będę miał prawdziwego potwora....
środa, 6 stycznia 2010
Karzełki dwa
W związku z zapowiadaną zmianą ustawy, wprowadzającej parytety, zupełnie przypadkowo Jaro, wywalił przykurcza Gosiewskiego z roli szefa klubu. Jak by nie patrzeć ten ostatni na kobitę nie wygląda. Oczywiście w pierwszych słowach zapowiedział że nie ma to żadnego związku z parytetami, oraz że Przemo to pełen fachura i tak naprawdę to mógbły tę funkcję pełnić dalej, ale jest do objęcia posada szefa koordynatorów, koordynatorów akcji zdrowe państwo, czy coś. Przemo naprawdę musi być szczęśliwy. Myśli se pewnie że chuj w te parytety, no ale co on biedny może...
Trzeba być elastycznym mówi w kuluarach polityk PIS, jak gumka w majtach dodaje drugi. Więc jak wchodzą parytety musi być kobieta!! Więc stało się. Wyszczekana pani Gęsicka, została szefem klubu. (chyba z klanu rodzin na G)
O co chodzi? Myśli większość działaczy partyii Pis-u. Dziwne, powinni już się przyzwyczaić do faktu że tu nie chodzi o nic, tylko o modę, jak zawieje tak się dzieje. Ale tok myślenia sześciolatka, jak na razie ma niezłe branie więc po co to zmieniać??
Dobra, niech będzie chociaż, ona dziobem dobrze kłapie, nie wie o czym, ale ważne że się sama z tego nie śmieje. No i nie nosi za dużej marynarki :)
Tak więc za parę lat, szefem klubu będzie gej, a Gosiewski w końcu będzie mógł zatańczyć na love parade W Warszawie. Ile można chodzić w garniturze po plaży??
Trzeba być elastycznym mówi w kuluarach polityk PIS, jak gumka w majtach dodaje drugi. Więc jak wchodzą parytety musi być kobieta!! Więc stało się. Wyszczekana pani Gęsicka, została szefem klubu. (chyba z klanu rodzin na G)
O co chodzi? Myśli większość działaczy partyii Pis-u. Dziwne, powinni już się przyzwyczaić do faktu że tu nie chodzi o nic, tylko o modę, jak zawieje tak się dzieje. Ale tok myślenia sześciolatka, jak na razie ma niezłe branie więc po co to zmieniać??
Dobra, niech będzie chociaż, ona dziobem dobrze kłapie, nie wie o czym, ale ważne że się sama z tego nie śmieje. No i nie nosi za dużej marynarki :)
Tak więc za parę lat, szefem klubu będzie gej, a Gosiewski w końcu będzie mógł zatańczyć na love parade W Warszawie. Ile można chodzić w garniturze po plaży??
wtorek, 5 stycznia 2010
Dzień jak codzień
Dlaczego ten weekend tak szybko mija? Od północy już nie spałam. Znowu przeczekam cały tydzień na proszkach uspakajających. A znajomi mnie męczą, „daj sobie spokój”, „odpuść’. Najmądrzejsi ludzie świata, co oni sobie myślą? Że kto ja jestem? Jakaś fajtłapa?
Fakt, prawo jazdy zrobiłam 2 lata temu, ale dalej nie czuje się pewnie na drodze, nawet bardzo nie pewnie, ale to ciiiii…. Szczęście sprzedawca mi doradził mocny silnik, to nadrabiam na prostych. Te akurat lubię, gaz do dechy i lecę. Debile, stoją w korkach na pasie do skrętu w prawo, hihihi..
Ale, ale tych ulic nie można ogarnąć. Tłok, światła, przepisy, kierunkowskazy, biegi!!! No hello, przecież ja nie jestem robotem!!?? A namawiał mnie na automat.. Dobra, waleriana, kawa i do pracy. Umaluję się po drodze.. ;).
Fakt, prawo jazdy zrobiłam 2 lata temu, ale dalej nie czuje się pewnie na drodze, nawet bardzo nie pewnie, ale to ciiiii…. Szczęście sprzedawca mi doradził mocny silnik, to nadrabiam na prostych. Te akurat lubię, gaz do dechy i lecę. Debile, stoją w korkach na pasie do skrętu w prawo, hihihi..
Ale, ale tych ulic nie można ogarnąć. Tłok, światła, przepisy, kierunkowskazy, biegi!!! No hello, przecież ja nie jestem robotem!!?? A namawiał mnie na automat.. Dobra, waleriana, kawa i do pracy. Umaluję się po drodze.. ;).
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Avatar - historia nieznana
10 lat temu pewna Amerykańska firma chciała wybudować wielkie osiedle w odległym mieście Warszawie.
Wysłali mniejsze firmy realizujące inwestycje rozsiane po całej Warszawie. Najbardziej atrakcyjne lokalizacje zamieszkałe były przez starych Warszawiaków, którym nie do smaku było opuszczanie swoich świętych miejsc. Nie liczyła się kasa, lecz zasady. Zasady chronione i pielęgnowane od wieków. Oni byli nie do ruszenia.
Dla prostoty pisania nazwę tę dzielnice Avatar, a amerykańska firmę X.
Firma X, przy pomocy podstawionych firm, podkupywała powoli tereny pod inwestycje. Mieli tez na dzielnicy Avatar swoją wtyczkę, która informowała ją o posunięciach i kulturze tubylców. Był to przystojny osiemnastolatek z przypuszczalnym rozdwojeniem jaźni, co trochę komplikowało sprawę.
Niestety, żadne metody nie pomogły. Firma X postanowiła na siłę wyludnić zakupione podstępnie tereny.
W miedzy czasie, okazało się że amerykańskiej wtyczce spodobało się życie blokersa, jaranie blantów po klatkach, polski Hip Hop i wieczne jazdy z policja. U nich w „stanach” wszystko było zakazane dla małolatów. Poznał też ich język i zakochał się w jednej z dziewczyn. Opanował wszystkie potrzebne umiejętności. Picie piwa bez czapki przy –10 stopniach Celsjusza na stole od pinponga, ucieczkę przed policja po lodowisku, oraz driftowanie starym Oplem Kadettem i Dużym Fiatem.
Nic dziwnego ze Avatarianie, nie chcieli opuścić swoich domów. Żyło się jak w bajce, wszyscy się znali. Pomoc społeczna zaspokajała wszystkie potrzeby mieszkańców, a ich wielki 17 piętrowy budynek był 2 lata temu ocieplony, i komu przychodzi do głowy go rozwalać?? Helooo?!!
Dumą mieszkańców Avataru był wielki kościół i dom kultury, gdzie obchodzili swoje święta.
Minęły 3 miesiące. Cierpliwość inwestorów się skończyła. Plan był prosty. Atak i zniszczenie Avataru.
Głupi mieszkańcy uciekną gdy zobaczą potęgę maszyn, pomyśleli w firmie X.
Gdy na placu pojawili się ochroniarze z ciężkimi maszynami, ludzie uciekli w panice.
Tak myślałem, pomyślał Jankes, z czarnej limuzyny.
Tego co wydarzyło się później nikt z firmy X się nie spodziewał.
Okazało się że większość mieszkańców Avataru, na co dzień nosi nóż za paskiem, a reszta trenuje Kraw Mage lub boks. Koparki nie miały szans z rozpędzonymi śmieciarkami, a pędzący 150km/h Poldon z 6 osobami na pokładzie mroził krew w żyłach każdego obserwatora. Z dzielnic ościennych zostali zwołani inni blokersi i kierowcy tirów.
Już następnego dnia robotnicy firmy X uciekali z nosami leżącymi na policzkach lub byli reanimowani przez służby medyczne.
Sprawy dokończyły polskie media i program Uwaga!!
Tak właśnie ocalono Avatar. A nasz Amerykanin żyje szczęśliwie w tej uroczej dzielnicy, założył rodzinę i prowadzi firmę. Co prawda planuje z czasem wyprowadzkę, ale to czas pokaże.
Tak właśnie pokrótce mogę opowiedzieć film Avatar. Mógłbym jeszcze napisać historie "Star Wars Pandora ostatnie twierdza rebeliantów", i jeszcze paru innych tytułów. Ogólnie polecam zobaczyć w kinie, w domu może sie komuś przysnąć.
Wysłali mniejsze firmy realizujące inwestycje rozsiane po całej Warszawie. Najbardziej atrakcyjne lokalizacje zamieszkałe były przez starych Warszawiaków, którym nie do smaku było opuszczanie swoich świętych miejsc. Nie liczyła się kasa, lecz zasady. Zasady chronione i pielęgnowane od wieków. Oni byli nie do ruszenia.
Dla prostoty pisania nazwę tę dzielnice Avatar, a amerykańska firmę X.
Firma X, przy pomocy podstawionych firm, podkupywała powoli tereny pod inwestycje. Mieli tez na dzielnicy Avatar swoją wtyczkę, która informowała ją o posunięciach i kulturze tubylców. Był to przystojny osiemnastolatek z przypuszczalnym rozdwojeniem jaźni, co trochę komplikowało sprawę.
Niestety, żadne metody nie pomogły. Firma X postanowiła na siłę wyludnić zakupione podstępnie tereny.
W miedzy czasie, okazało się że amerykańskiej wtyczce spodobało się życie blokersa, jaranie blantów po klatkach, polski Hip Hop i wieczne jazdy z policja. U nich w „stanach” wszystko było zakazane dla małolatów. Poznał też ich język i zakochał się w jednej z dziewczyn. Opanował wszystkie potrzebne umiejętności. Picie piwa bez czapki przy –10 stopniach Celsjusza na stole od pinponga, ucieczkę przed policja po lodowisku, oraz driftowanie starym Oplem Kadettem i Dużym Fiatem.
Nic dziwnego ze Avatarianie, nie chcieli opuścić swoich domów. Żyło się jak w bajce, wszyscy się znali. Pomoc społeczna zaspokajała wszystkie potrzeby mieszkańców, a ich wielki 17 piętrowy budynek był 2 lata temu ocieplony, i komu przychodzi do głowy go rozwalać?? Helooo?!!
Dumą mieszkańców Avataru był wielki kościół i dom kultury, gdzie obchodzili swoje święta.
Minęły 3 miesiące. Cierpliwość inwestorów się skończyła. Plan był prosty. Atak i zniszczenie Avataru.
Głupi mieszkańcy uciekną gdy zobaczą potęgę maszyn, pomyśleli w firmie X.
Gdy na placu pojawili się ochroniarze z ciężkimi maszynami, ludzie uciekli w panice.
Tak myślałem, pomyślał Jankes, z czarnej limuzyny.
Tego co wydarzyło się później nikt z firmy X się nie spodziewał.
Okazało się że większość mieszkańców Avataru, na co dzień nosi nóż za paskiem, a reszta trenuje Kraw Mage lub boks. Koparki nie miały szans z rozpędzonymi śmieciarkami, a pędzący 150km/h Poldon z 6 osobami na pokładzie mroził krew w żyłach każdego obserwatora. Z dzielnic ościennych zostali zwołani inni blokersi i kierowcy tirów.
Już następnego dnia robotnicy firmy X uciekali z nosami leżącymi na policzkach lub byli reanimowani przez służby medyczne.
Sprawy dokończyły polskie media i program Uwaga!!
Tak właśnie ocalono Avatar. A nasz Amerykanin żyje szczęśliwie w tej uroczej dzielnicy, założył rodzinę i prowadzi firmę. Co prawda planuje z czasem wyprowadzkę, ale to czas pokaże.
Tak właśnie pokrótce mogę opowiedzieć film Avatar. Mógłbym jeszcze napisać historie "Star Wars Pandora ostatnie twierdza rebeliantów", i jeszcze paru innych tytułów. Ogólnie polecam zobaczyć w kinie, w domu może sie komuś przysnąć.
Sylwester w Zakopanem cz. III
Zbieramy się do domu. Spakowani, kwatery opłacone, czekamy na taksówkę. Wracamy zaraz po sylwestrze, będzie luźniej w pociągu. Dojeżdżamy do dworca i przecieram oczy ze zdziwienia, a raczej przerażenia. Rój ludzi zmierzał w kierunku dworca, jak mrówki do lizaka. Podobna sytuacja co w tą stronę. Nie było chwili do stracenia. Rozliczenie, wypakowanie, lecimy na dworzec. Tym razem jest bardzo zimno i biało. Na peronach pełno ludzi. Trzeba ustalić taktykę, myślę że będzie podobna jak w Warszawie. Czyli walimy na chama do środka, rozpychamy sie łokciami a bagaże podajemy prze okno. Z tym pomysłem jakiś oryginalny nie jestem więc może być gorąco.
Było tak jak myślałem. Szturmu na pociąg nie powstydził by się oddział "Grom-u". Konduktorzy z pogwizdywaniem, przyklejonymi wąsami i okularami przeciwsłonecznymi oddalili się od pociągu, i hulaj dusza. Krzyki, szczęk szabli i sapanie. Selekcja naturalna, najsłabsi nie wsiedli. W pociągu już nie było tak wesoło. Wszyscy zmizerowani, jak by do Częstochowy przyszyli z pielgrzymką. Od razu widać że przydał by sie im urlop w jakimś innym miejscu. Najtwardsi coś tam popijają mówią ze było super itp.
W pociągu zimno, śnieg w korytarzu, kibel zamarznięty. Przez okno nic nie widać. Bajka, pełna integracja. Ale nie polecam.
Nie polecam podróży jak i takiego sylwestra. Ma on swoje dobre strony, ale to miasto lepiej odwiedzić w jakimś spokojniejszym okresie...Chyba wezmę jednak ten urlop.
Było tak jak myślałem. Szturmu na pociąg nie powstydził by się oddział "Grom-u". Konduktorzy z pogwizdywaniem, przyklejonymi wąsami i okularami przeciwsłonecznymi oddalili się od pociągu, i hulaj dusza. Krzyki, szczęk szabli i sapanie. Selekcja naturalna, najsłabsi nie wsiedli. W pociągu już nie było tak wesoło. Wszyscy zmizerowani, jak by do Częstochowy przyszyli z pielgrzymką. Od razu widać że przydał by sie im urlop w jakimś innym miejscu. Najtwardsi coś tam popijają mówią ze było super itp.
W pociągu zimno, śnieg w korytarzu, kibel zamarznięty. Przez okno nic nie widać. Bajka, pełna integracja. Ale nie polecam.
Nie polecam podróży jak i takiego sylwestra. Ma on swoje dobre strony, ale to miasto lepiej odwiedzić w jakimś spokojniejszym okresie...Chyba wezmę jednak ten urlop.
Sylwester w Zakopanem cz. II
W pociągu było ciężko. Tłum na korytarzu, ciągle zajęty i obsikany kibel, śpiewy do rana, ale jakoś dojechaliśmy.
Wolałem się nie obudzić. Kac gigant, wszystko boli od spania na siedząco, i dwadzieścia minut czekaliśmy na wyjście z pociągu. Miałem dość. Na dworcu nie lepiej. Płacz, lament przekleństwa. Ludzie napędzani resztkami zapału świątecznego snują się jak duchy miedzy peronami. Co chwila ktoś do nas podchodzi i pyta czy nie potrzebujemy kwater. Nie dziękuje, nie dziękuje, nie KURWA DZIĘKUJE!!
Pogoda jest paskudna, mokro, pada, góry całe we mgle na chodnikach breja. Mam wrażenie że jestem w jakiejś mieścinie pod Warszawą.
Mamy cztery możliwości dostania się do kwater. Spacer, bo to chyba jest blisko, taksówka, bus lub autobus. Bierzemy taksówkę. Jedziemy, w prawo, w lewo, prosto w lewo, mijamy stoki, jedziemy jedziemy. Nie znam Zakopanego, ale czy ono jest aż takie wielkie?
Wygląda na to że jest mało ludzi, ale o 7 rano ciężko coś stwierdzić. Dojechaliśmy na miejsce. Chata była wielkości pałacu kultury i miała chyba ze 20 pokoi!!! Przychodzi gaździna, trochę ponarzekała bo mieliśmy być później itp. Pokoje, łóżka tv, wspólna łazienka i kuchnia. Gotować niestety musimy sami.
Juz zameldowani, śniadanie zjedzone, spać się nikomu nie chce, każdy chce oglądać Zakopane!!! Gaździna potwierdza że do centrum to z 10 min drogi na piechotę....Doszliśmy w godzinę idąc dosyć szybkim krokiem... Najprawdopodobniej górale biegają, a nie chodzą wiec może 10 min im się schodzi. Tak więc okazało się że z 10 min, zrobiła się średnio godzinka. Później dowiedzieliśmy się że i tak mamy szczęście..
Postanowiliśmy odwiedzić miejsca najbardziej znane. Gubałówka, hmm nic nie widać bo mgła, ceny w knajpach jak na starówce, wiec po herbacie i na dół kolejka. Całkiem się nią fajnie jedzie. Potem Krupówki, skocznia. Następnego dnia miał być Kasprowy, albo Morskie Oko. Ani to, ani to. Pochlaliśy i wstaliśmy o 12, w górach mgła...komu to potrzebne, jesteśmy już w górach.
Wszędzie było drogo, i dużo ludzi. Dowiedziałem się że Światem Zakopane, rządzi oscypek i dudki.
Święta jak to święta. Nic tylko picie i jedzenie, oby do sylwestra. Z kwatery rzadko kiedy wychodziliśmy bo wszędzie daleko. Dobrze że "sąsiedzi" byli fajni.
Zauważyłem jednak jedną prawidłowość. Każdego dnia, liczba samochodów i ludzi w Zakopanem, podwajała się?!
W sylwestra już się nie dało żyć. Dzień okazał się bardzo krótki. Do knajpy kolejka na jakieś 45 minut stania, sklepy oblegane, a na Krupówkach ze sto tysięcy ludzi!! Łołołoł... co jest?
Radość przez łzy. Miało być miło i spokojnie a okazuje się że ludzi jest więcej niż na Placu Konstytucji w Warszawie!! Ale spokojnie, trzeba wejść optymistycznie w Nowy Rok. Mamy problem ze znalezieniem jakiegoś miejsca, bezpiecznego miejsca!! Pada deszcz, wszędzie wybuchają petardy, w powietrze wzlatują fajerwerki. Ale "pięknie" mógłby pomyśleć sobie zboczony piroman, ale w tym nic pięknego nie było. Krupówki to dosyć wąska ulica, wiec wszystko co leci do góry, gdzieś tu spada. Zapach siarki, iskry, latające butelki, krzyki ludzi którzy wyglądali jak by osiągnęli orgazm życia, albo wygrali milion w totka. Ale trzeba się cieszyć, jesteś w Zakopanem!!! Pomimo że byłem lekko dziabnięty, miałem wrażenie że komuś impreza wyrwała spod kontroli. Nawet słowa kolegi że tutaj jest tak co roku, nie uspokoiły mnie zbytnio. O godzinie pierwszej w nocy, za wyjątkiem kilkunastu mocno pijanych osób było już po sylwestrze. Po półtorej godzinie spaliśmy już w łóżkach.
Następne dni zwiastowały polepszenie pogody. Chwycił mróz i zaczął padać śnieg. później okazało się że to nie było polepszenie pogody.. Postanowiliśmy odwiedzić Kasprowy. Postanowili też to zrobić, ci wszyscy co byli na Krupówkach, dzień wcześniej. Po trzech godzinach cieszyliśmy się pięknym choć nie czystym widokiem z Kasprowego. Pizza na górze, godzinka czekania bo sala pełna. Po wystaniu zjazdu w kolejce, wracamy.
Chyba wrócimy dzień wcześniej, wyprzedzimy tłumy......
Wolałem się nie obudzić. Kac gigant, wszystko boli od spania na siedząco, i dwadzieścia minut czekaliśmy na wyjście z pociągu. Miałem dość. Na dworcu nie lepiej. Płacz, lament przekleństwa. Ludzie napędzani resztkami zapału świątecznego snują się jak duchy miedzy peronami. Co chwila ktoś do nas podchodzi i pyta czy nie potrzebujemy kwater. Nie dziękuje, nie dziękuje, nie KURWA DZIĘKUJE!!
Pogoda jest paskudna, mokro, pada, góry całe we mgle na chodnikach breja. Mam wrażenie że jestem w jakiejś mieścinie pod Warszawą.
Mamy cztery możliwości dostania się do kwater. Spacer, bo to chyba jest blisko, taksówka, bus lub autobus. Bierzemy taksówkę. Jedziemy, w prawo, w lewo, prosto w lewo, mijamy stoki, jedziemy jedziemy. Nie znam Zakopanego, ale czy ono jest aż takie wielkie?
Wygląda na to że jest mało ludzi, ale o 7 rano ciężko coś stwierdzić. Dojechaliśmy na miejsce. Chata była wielkości pałacu kultury i miała chyba ze 20 pokoi!!! Przychodzi gaździna, trochę ponarzekała bo mieliśmy być później itp. Pokoje, łóżka tv, wspólna łazienka i kuchnia. Gotować niestety musimy sami.
Juz zameldowani, śniadanie zjedzone, spać się nikomu nie chce, każdy chce oglądać Zakopane!!! Gaździna potwierdza że do centrum to z 10 min drogi na piechotę....Doszliśmy w godzinę idąc dosyć szybkim krokiem... Najprawdopodobniej górale biegają, a nie chodzą wiec może 10 min im się schodzi. Tak więc okazało się że z 10 min, zrobiła się średnio godzinka. Później dowiedzieliśmy się że i tak mamy szczęście..
Postanowiliśmy odwiedzić miejsca najbardziej znane. Gubałówka, hmm nic nie widać bo mgła, ceny w knajpach jak na starówce, wiec po herbacie i na dół kolejka. Całkiem się nią fajnie jedzie. Potem Krupówki, skocznia. Następnego dnia miał być Kasprowy, albo Morskie Oko. Ani to, ani to. Pochlaliśy i wstaliśmy o 12, w górach mgła...komu to potrzebne, jesteśmy już w górach.
Wszędzie było drogo, i dużo ludzi. Dowiedziałem się że Światem Zakopane, rządzi oscypek i dudki.
Święta jak to święta. Nic tylko picie i jedzenie, oby do sylwestra. Z kwatery rzadko kiedy wychodziliśmy bo wszędzie daleko. Dobrze że "sąsiedzi" byli fajni.
Zauważyłem jednak jedną prawidłowość. Każdego dnia, liczba samochodów i ludzi w Zakopanem, podwajała się?!
W sylwestra już się nie dało żyć. Dzień okazał się bardzo krótki. Do knajpy kolejka na jakieś 45 minut stania, sklepy oblegane, a na Krupówkach ze sto tysięcy ludzi!! Łołołoł... co jest?
Radość przez łzy. Miało być miło i spokojnie a okazuje się że ludzi jest więcej niż na Placu Konstytucji w Warszawie!! Ale spokojnie, trzeba wejść optymistycznie w Nowy Rok. Mamy problem ze znalezieniem jakiegoś miejsca, bezpiecznego miejsca!! Pada deszcz, wszędzie wybuchają petardy, w powietrze wzlatują fajerwerki. Ale "pięknie" mógłby pomyśleć sobie zboczony piroman, ale w tym nic pięknego nie było. Krupówki to dosyć wąska ulica, wiec wszystko co leci do góry, gdzieś tu spada. Zapach siarki, iskry, latające butelki, krzyki ludzi którzy wyglądali jak by osiągnęli orgazm życia, albo wygrali milion w totka. Ale trzeba się cieszyć, jesteś w Zakopanem!!! Pomimo że byłem lekko dziabnięty, miałem wrażenie że komuś impreza wyrwała spod kontroli. Nawet słowa kolegi że tutaj jest tak co roku, nie uspokoiły mnie zbytnio. O godzinie pierwszej w nocy, za wyjątkiem kilkunastu mocno pijanych osób było już po sylwestrze. Po półtorej godzinie spaliśmy już w łóżkach.
Następne dni zwiastowały polepszenie pogody. Chwycił mróz i zaczął padać śnieg. później okazało się że to nie było polepszenie pogody.. Postanowiliśmy odwiedzić Kasprowy. Postanowili też to zrobić, ci wszyscy co byli na Krupówkach, dzień wcześniej. Po trzech godzinach cieszyliśmy się pięknym choć nie czystym widokiem z Kasprowego. Pizza na górze, godzinka czekania bo sala pełna. Po wystaniu zjazdu w kolejce, wracamy.
Chyba wrócimy dzień wcześniej, wyprzedzimy tłumy......
Sylwester w Zakopanem cz. I
Od początku grudnia byłem niespokojny. Oczyma wyobraźni już spacerowałem po Krupówkach w doborowym towarzystwie. Tysiące pytań zaprzątały mi głowę. Czy pojedziemy samochodem, może pociąg? To się jeszcze pomyśli. I tak do "Zakopca" jedzie pośpieszny wiec nie trzeba kupować biletów wcześniej. PKP ma jedną złotą zasadę: Brak zasad.
Znajomi bywali wcześniej w Zakopcu i opowiadali że jest super. Fajny klimat, imprezki, można wjechać na Kasprowy i poopowiadać że się było w górach. Bajka.
Postanowiliśmy wyjechać na święta, żeby zaznać trochę klimatu gór. Kalendarz w tym roku sprzyja. Ciekawe czy będzie dużo ludzi? Kwatery zarezerwowali nam znajomi rok wcześniej. Ponoć fajne miejsce niedaleko od Krupówek. Co oni z tymi Krupówkami tak, czyżby tam nie było innego ciekawego miejsca?
Dzień wyjazdu. Jedziemy pociągiem. Impreza zaczyna się na dworcu. Wchodzimy na centralny i zonk...... Okazuje się że chyba cała Warszawa postanowiła wyjechać na święta do Zakopanego. Kolega klnie i mówi że mogliśmy startować ze "wschodniego". Na każdą osobę przypada pewnie po 3 torby, narty, buty....Masakra. Kolejka po bilety ma ze 20 kilometrów.
Bitwa na peronie. Środek natarcia szedł na 2 klasę, skrzydła lewe i prawe atakowało 1 klasę, ale nikt się nie poddawał, krzyki i zamieszanie. Odwody w postaci matek, żon i dzieci czekały do ostatniej chwili. Te ostatnie płaczą i krzyczą. Jak coś to wciągną je przez okno, damy rade!! Przerażeni kolejarze pochowali się w swoich przedziałach, mają taktykę na przeczekanie.
Jest ciężko, ale czego się nie zrobi dla wypoczynku w Stolicy Tatr!!
Jedziemy. Pełen skład w przedziale. Chcieliśmy ze dwa miejsca zatrzymać i udawaliśmy ze się rzeczy nie mieszczą...ale nie w takiej sytuacji. Chętni znaleźli się natychmiast. Do okien na szybko podbiegają panowie i krzyczą wódeczka, piwko.. My byliśmy zaopatrzeni.
Ruszyliśmy. Po godzinie humory się polepszyły. Wódeczka się leje. ktoś wyciąga telefon, leci muzyka. Powoli cały pociąg śpiewa i to nie kolędy.
Znajomi bywali wcześniej w Zakopcu i opowiadali że jest super. Fajny klimat, imprezki, można wjechać na Kasprowy i poopowiadać że się było w górach. Bajka.
Postanowiliśmy wyjechać na święta, żeby zaznać trochę klimatu gór. Kalendarz w tym roku sprzyja. Ciekawe czy będzie dużo ludzi? Kwatery zarezerwowali nam znajomi rok wcześniej. Ponoć fajne miejsce niedaleko od Krupówek. Co oni z tymi Krupówkami tak, czyżby tam nie było innego ciekawego miejsca?
Dzień wyjazdu. Jedziemy pociągiem. Impreza zaczyna się na dworcu. Wchodzimy na centralny i zonk...... Okazuje się że chyba cała Warszawa postanowiła wyjechać na święta do Zakopanego. Kolega klnie i mówi że mogliśmy startować ze "wschodniego". Na każdą osobę przypada pewnie po 3 torby, narty, buty....Masakra. Kolejka po bilety ma ze 20 kilometrów.
Bitwa na peronie. Środek natarcia szedł na 2 klasę, skrzydła lewe i prawe atakowało 1 klasę, ale nikt się nie poddawał, krzyki i zamieszanie. Odwody w postaci matek, żon i dzieci czekały do ostatniej chwili. Te ostatnie płaczą i krzyczą. Jak coś to wciągną je przez okno, damy rade!! Przerażeni kolejarze pochowali się w swoich przedziałach, mają taktykę na przeczekanie.
Jest ciężko, ale czego się nie zrobi dla wypoczynku w Stolicy Tatr!!
Jedziemy. Pełen skład w przedziale. Chcieliśmy ze dwa miejsca zatrzymać i udawaliśmy ze się rzeczy nie mieszczą...ale nie w takiej sytuacji. Chętni znaleźli się natychmiast. Do okien na szybko podbiegają panowie i krzyczą wódeczka, piwko.. My byliśmy zaopatrzeni.
Ruszyliśmy. Po godzinie humory się polepszyły. Wódeczka się leje. ktoś wyciąga telefon, leci muzyka. Powoli cały pociąg śpiewa i to nie kolędy.
piątek, 1 stycznia 2010
Zaufanie...
Co roku wieszamy na nich psy, opowiadamy kawały, życzymy wszystkiego najgorszego...a tak naprawdę codziennie oddajemy życie w ich ręce. Są to tak zwani "Drogowcy".
Temperatura -1.5 stopnia, ciemno jak w przysłowiowej dupie, śnieżyca taka że czułem się jak w kokpicie Sokoła Milenium, wchodzącego w nadprzestrzeń. Tablice świetlne ostrzegają że ślisko i niebezpiecznie. Jadę 100km/h, spocone palce zaciskam na kierownicy, czekając na najmniejszą oznakę utraconej kontroli. Ogólnie byłem mocno zesrany. W lusterku widzę zbliżające się światła. Z wielką prędkością wyprzedził mnie jakiś samochód, pędził pewnie ze 160km/h. Za chwile następny i następny...
Czy ja jadę za wolno, czy oni za szybko? Oni mają różaniec zawieszony na lusterku i służbowy samochód, ja nie a to dużo zmienia.
Jednak łączy nas jedno, zaufanie do służb drogowych....
Temperatura -1.5 stopnia, ciemno jak w przysłowiowej dupie, śnieżyca taka że czułem się jak w kokpicie Sokoła Milenium, wchodzącego w nadprzestrzeń. Tablice świetlne ostrzegają że ślisko i niebezpiecznie. Jadę 100km/h, spocone palce zaciskam na kierownicy, czekając na najmniejszą oznakę utraconej kontroli. Ogólnie byłem mocno zesrany. W lusterku widzę zbliżające się światła. Z wielką prędkością wyprzedził mnie jakiś samochód, pędził pewnie ze 160km/h. Za chwile następny i następny...
Czy ja jadę za wolno, czy oni za szybko? Oni mają różaniec zawieszony na lusterku i służbowy samochód, ja nie a to dużo zmienia.
Jednak łączy nas jedno, zaufanie do służb drogowych....
Subskrybuj:
Posty (Atom)